Tylko nieliczni godzili
Artur Radwan |Zestawy perfum Salvador Dali |Wyposażenie łazienek„Tylko nieliczni godzili się świadomie na tę ostateczną próbę zależną od wytrzymałości ciała. Dlatego to wielu nosiło w ukrytych kieszonkach kapsułki cyjanku, dając swej duszy możliwość honorowej ucieczki i pozostawiając w rękach rozwścieczonych pracowników piekła bezużyteczne już ciało.
W tych czasach nie nosiliśmy jeszcze trucizny, zresztą nie wiedzieliśmy wiele i nie mogliśmy zdradzić ważnych tajemnic. Idąc bezwiednie w stronę domu utwierdziłem się w przekonaniu, że Trusik nie może nic wysypać, że umrze milcząc i patrząc z pogardą w oczy katom, jak to sobie zawsze wyobrażaliśmy. Godziłem się na śmierć przyjaciela, była naturalna, należała do reguł narzuconej nam gry i zupełnie nie kazała mi myśleć o sprawach ostatecznych i o przemijaniu. Trusik musi umrzeć, i to w milczeniu; zbyt wiele nas łączyło najpierw we wspólnych zabawach, łobuzowaniu i wybijaniu szyb, a później w zorganizowanej już i entuzjastycznej walce przeciw okupantowi, żeby mógł świadomie wydać mnie w ręce wroga. Podkreślam tę moją argumentację, gdyż stanowiąc dla mnie okoliczność łagodzącą, zaważyła tragicznie nad losem Andrzeja. Gdy stanąłem przed bramą mego domu, do ósmej brakowało kilkunastu minut; dopiero wtedy pomyślałem, że moim obowiązkiem jest jak najszybciej uprzedzić Andrzeja, gdyż jego adres Trusik znał doskonale. Andrzej mieszkał o parę minut drogi piechotą, mogłem tam dobiec przed godziną policyjną i wrócić w parę minut pó niej, co nie przedstawiało wielkiego ryzyka. Ale w domu przechowywałem nie tylko różne organizacyjne papiery i instrukcje, lecz również dwa pistolety, własność naszego oddziałku. Mimo pewności co do Trusika myśl o spędzeniu z nimi krytycznej nocy przepełniła mnie strachem. Trzeba je było natychmiast wynieść z domii; w decyzji tej mieściło się tyle samo obawy o własną skórę, co autentycznej troski o broń, zdobytą z takim trudem przez Trusika. Za to właśnie poszedł na śmierć. Na naszym rynku cena broni nie była niższa od ceny życia o ludzi było zawsze łatwiej niż o pistolety. Wbiegłem więc co sił na trzecie piętro, gdzie mieszkałem razem z matką (ojca zabrano z elektrowni pod zarzutem sabotażu i od paru miesięcy przebywał w Oświęcimiu), wymacałem pod materacem papiery, rzuciłem je w płomień kozy, z luftu wentylacyjnego wyjąłem oba pistolety, zawinięte w otłuszczone gałganki, otarłem je z wazeliny i wsunąłem do kieszeni wiatrówki. Matka, żyjąca w półświadomości od dnia aresztowania ojca, nastawiona tylko na ratowanie, przekupywanie i szykowanie paczek, przypatrywała mi się z roztargnieniem, chyba nieświadoma tego, co czynię. Rzuciłem jej „Aresztowali Trusika. Muszę ewakuować broń!" i wybiegłem w szarość zmroku. Ulice już opustoszały, zapóźnieni przebiegali pod ścianami, nadchodziło królestwo pustki, ciemności i strzałów. Jedynym pewnym schronieniem dla mych pistoletów był pokoik ciotki, starej panny, z fotografią ukochanego, który przed dwudziestu laty wyszedł kupić słodycze i wpadł pod straż ogniową. Ściskając kolby mych pistoletów biegłem pod ścianami domów, powiślański kowboj w przykrótkich spodniach, a przed każdym rogiem moje serce wybijało bigbeatowe rytmy. Tak dotarłem do rogu ulicy Andrzeja i wysunąłem zza węgła zbielałą twarz. O dwadzieścia kroków ode mnie z ciężarówki wyskakiwali żandarmi. Spojrzałem na zegarek minęła już ósma. Wejście w ulicę z żandarmami oznaczało zatrzymanie, strzelaninę, śmierć i utratę pistoletów. Żandarmi śmiali się beztrosko, porykiwali gardłowo i formowali się bez pośpiechu w patrole. Kląłem swój pomysł z pistoletami i zaraz udowadniałem sobie niezbicie, że Trusik nie wysypie i że dałem się ponieść tchórzliwej histerii. Dla ratowania pistoletów należało zrezygnować z zawiadomienia Andrzeja; każda sekunda w pobliżu tych pięćdziesięciu żandarmów zwielokrotniała niebezpieczeństwo. Ile w tym było tchórzostwa, nie potrafię określić. Mówiłem sobie później „Nie mogłem zawiadomić Andrzeja, bo przed jego domem żandarmi urządzili punkt rozdzielczy nocnych patroli i karaluch by się nie przemknął. To fatalny przypadek był winien, nie ja. Tylko wariat pchałby się w tę ulicę, zieloną od mundurów i lśniącą od luf, i to z dwoma Walterami 7,65 w kieszeni, jedynym uzbrojeniem naszej sekcji od chwili aresztowania Trusika". Żandarmi nadal warkotali szykując się do patrolowania, a ja cofnąłem się, przebiegłem ulicę, dopadłem skwerku, przelazłem przez krzaki i wkrótce już dzwoniłem do drzwi ciotki. Później dopiero przyszła mi do głowy myśl, że mógłbym przywarować w tych krzakach, przeczekać godzinę, dwie, aż się żandarmi definitywnie rozpełzną, i wtedy dopaść bramy domu Andrzeja. Ale przecież byłem pewien, że Trusik nie sypnie.“(16)
<<<< - Chyba już powinienem
|
Prawo Jazdy Poznań |squash dzieci |Wiersze miłosne